niedziela, 21 maja 2017

Rozdział XXI - Iluzja Brak komentarzy:

Moje płuca piekły tak, jak gdyby ktoś właśnie wypełnił je kwasem. Nie miałam czucia w rękach ani nogach, a kosmyki włosów przysłaniały mi widok z pół przymkniętych oczu. Mój mózg był dziwnie otępiały, nie byłam w stanie ułożyć jednej spójnej myśli z ogromu słów, które nasuwały mi się do głowy.

Tonęłam.

Moje powieki robiły się coraz cięższe. Wydawało mi się, że znajduje się na nich kilo piasku. Chciałam się poddać i zakończyć moje cierpienie, ale tego nie zrobiłam. Najnowsze wspomnienia skutecznie mi to uniemożliwiły.

Otworzyłam oczy, które zaczęły niemiłosiernie szczypać, gdy wypełniała jej woda. To pozwoliło przywrócić mi trzeźwe myślenie i czucie w kończynach. Odgarnęłam włosy rękami i popłynęłam w górę ku świeżemu powietrze.

Z trudem łapałam oddech, który był przerywany kaszlem. Założyłam przemoczone włosy za ucho i rozglądnęłam się wokół własnej osi. Znajdowałam się na środku jeziora pośród górzystego krajobrazu, gdzie rosło od grona drzew.

Przywitaj się z egipskim piekłem, kochana.

Jeżeli tak wygląda piekło, pomyślałam. To nie wiem, czego wszyscy tak się obawiają.

Dopiero po chwili zauważyłam dobrze mi znaną blond czuprynę, która mogła należeć tylko i wyłącznie do Jerome’a. Chłopak nawoływał mnie ręką, abym podpłynęła do brzegu.

To niemożliwe.

Chwilę zajęło mi podjęcie decyzji, ale w końcu postanowiłam podpłynąć do chłopaka. Dopiero gdy wychodziłam z jeziora, zauważyłam, że mam na sobie halkę bez ramiączek, która łudząco przypominała jedną z tych średniowiecznych.

Chłopak zaczął się śmiać, gdy zobaczył moje zdziwione spojrzenie.

– Chyba nie powiesz mi, że nie wiedziałaś, iż ubrania się moczą. – Zaśmiał się, po czym spojrzał na mój dekolt, gdzie już nie pobłyskiwała malutka literka f, którą miałam na sobie tego wieczoru. W zasadzie cały wisiorek zniknął – łącznie z Okiem Horusa, z którym nigdy się nie rozstawałam. Automatycznie dotknęłam ręką obojczyków, otwierając lekko usta w zdziwieniu.

– Lepiej się ubierz – polecił blondyn, patrząc na moją przemoczoną halkę, a gdy nie reagowałam dodał: – Nie chcesz się przeziębić, Alio.

Zamrugałam dwukrotnie, gdy wypowiedział imię kobiety, która sprowadziła na mnie całe to nieszczęście. Spojrzałam na niego, w momencie gdy lekko się uśmiechając, wyciągał rękę z ciemnozieloną, obcisłą sukienką, rozszerzającą się przy biodrach. Była piękna i mogłabym sobie rękę uciąć, że tylko arystokracja takie nosiła. Więc dlaczego Jerome mi ją podawał?

Dla niepoznaki zabrałam od Clarke’a suknię, wciąż zdziwiona całą sytuacją. Uprzednio wyciskając włosy z wody, włożyłam ją na siebie, a chłopak pomógł zasznurować mi ją z tyłu. Poczułam się dziwnie nieswojo, gdy objął mnie w pasie, przytulając. Zmarszczyłam brwi całkowicie zbita z tropu.

– Castiel! – Usłyszałam głośny krzyk, który dochodził ze wzgórza. Uniosłam głowę i zauważyłam jasne włosy oraz zielone, przeszywające oczy, należące do Poppy Clarke. – Królowa tu idzie i jeśli zaraz się nie ulotnisz oskarży cię za podglądanie księżniczki podczas jej kąpieli w jeziorze.

Chłopak, którego dziewczyna nazwała Castielem, a przypominający Jerome’a gwałtownie ode mnie odskoczył. Poppy (a może raczej siostra Castiela) posłała mi znaczące spojrzenia, jakbym to ja była ową księżniczką.

Blondyn pocałował mnie w policzek, wspominając, że w najbliższym czasie się odezwie i w mgnieniu oka zniknął razem z blondynką za wzgórzem. Po raz kolejny od wyjścia z jeziora zmarszczyłam brwi, rozglądając się wokół siebie. Drzewa szumiały, ptaki śpiewały. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu, ale czułam, że coś było nie tak.

– Tu jesteś, kochanie. – Odwróciłam się na dźwięk głosu, który należał do starszej kobiety o blond włosach pomieszanych z siwymi. – Kto ci pomógł zasznurować suknię?

Otworzyłam szeroko oczy i już chciałam odpowiedzieć imię blondyna, który w rzeczywistości to zrobił, gdy nagle znikąd pojawiła się Patricia. A może raczej osoba przypominająca Patricię? Z wszystkich, których dotąd tutaj zobaczyłam nie kojarzyłam tylko kobiety pokrytej zmarszczkami.

– Ja to zrobiłam, moja pani – odezwała się dziewczyna, nisko kłaniając się przed kobietą. – Wyszłam tylko po pończochy i od razu wróciłam.

Szatynka rzeczywiście trzymała wyżej wspomnianą część garderoby. Przełknęłam cicho ślinę, gdy kobieta z uśmiechem odwróciła się w moją stronę. Zaklaskała w dłonie i powiedziała:

– Bardzo dobrze! W takim razie wam nie przeszkadzam. Chciałam ci tylko przypomnieć o wieczornej kolacji. I na litość boską: wyprostuj się, Alio!

Automatycznie wykonałam polecenie kobiety i pokiwałam głową, na co tylko „królowa” zmarszczyła brwi, jakby zdziwiona moim zachowaniem, ale odeszła, zostawiając mnie sam na sam z sobowtórem Patrici. Szatynka uklękła przede mną, pewnie chcąc ubrać pończochy na moją stopę.

Zrobiłam krok w tył z przerażeniem patrząc w kierunku dziewczyny. Postanowiłam zaryzykować stwierdzenie choroby psychicznej, ponieważ podobno byłam „księżniczką”, jak się domyśliłam.

 – O co tu chodzi, Patricio? – zapytałam cicho, uważnie studiując reakcję dziewczyny. Sobowtór uniósł głowę, spoglądając zdziwiony w moją stronę. Przygryzłam wargę, oczekując najgorszego.

– Nina? – odezwała się niepewnie, spoglądając w moją stronę. – O mój Boże! To ty! Proszę, powiedz mi, czy z Patricią wszystko w porządku? Powiedz, że nikt się o mnie nie martwi, że nie zauważyli mojego zniknięcia.

Otworzyłam usta, gdy dziewczyna zamknęła mnie w szczelnym uścisku. Dopiero po chwili zrozumiałam, że przytulającą mnie osobą była Piper, uznana za zaginioną od jakiegoś pół roku. Zacisnęłam ręce na jej plecach, które do tej pory zwisały wzdłuż mojego tułowia.

Poczułam na cienkim materiale sukienki łzy, które zapewne spłynęły po policzkach Williamson. Sama przymknęłam oczy i pozwoliłam moim własnym wolno wypełznąć spod powiek. Nie wyobrażałam sobie, jakim cudem mogła spędzić tu pół roku. Piekło, które z początku wydawało się rajem naprawdę nim było. I to właśnie było w nim najgorsze. Było wykreowane na iluzję.

Dziewczyna wypuściła mnie z objęć, ocierając łzy i uśmiechnęła się lekko.

Dopiero po chwili przypomniałam sobie pytania zadane przez Piper. Przygryzłam wargę. Czy wiedziałam, jak ma się Patricia? Nie. Z perspektywy czasu widziałam, jaka egoistyczna byłam w stosunku do Williamson. Wiedziałam, że była załamana po stracie swojej siostry, ale czy coś wtedy zrobiłam? Nie. Bo byłam zajęta sobą.

– Z Patricią wszystko w porządku – powiedziałam cicho. – Przynajmniej teraz… Kiedy się dowiedziała, nie było z nią dobrze.

Bolało mnie, jak ogólnikowo o tym opowiadałam. Nie znałam szczegółów. Wiedziałam tylko, że zrobiła coś, przez co Eddie z nią zerwał, a następnie razem z Joy starali się ją wyciągnąć z dołka. Ale nic poza tym, bo byłam egoistką. I najgorszą przyjaciółką na świecie.

Piper pokiwała głową, wzdychając lekko. Byłam pewna, że przez całe pół roku zamartwiała się o siostrę, a teraz obwinia się o stan w jaki Patricia mogła wpaść. Dotknęłam ramienia szatynki, chcąc ja pocieszyć. Przynajmniej tyle mogłam zrobić, skoro nie było mnie przy jej bliźniaczce, gdy najbardziej potrzebowała przyjaciół.

– Powinnam cię wprowadzić – szepnęła dziewczyna. – Kto wie, co mogą zrobić, jeśli zachowasz się inaczej niż Alia. Wierzą tutaj w czary. Ale najpierw muszę przygotować cię na wieczór.

Otworzyłam usta, zastanawiając się nad odpowiedzią, po czym je zamknęłam. Bo tak naprawdę, czy Patricia chciałaby, żeby jej siostra dowiedziała się o tych całych starożytnych – pokusiłabym się nawet o przymiotnik: magicznych – sprawach? Naprawdę wątpię.

– Czy to średniowiecze? – spytałam, próbując oczyścić głowę pełną nieproszonych myśli.

Piper już stawiała krok w górę wzgórza, ale odwróciła się, słysząc moje pytanie z poważną miną. Nie wyglądało to pocieszająco. Ta mina bardziej wyrażała: „Tak, to gówno, ale przynajmniej utknęłyśmy tu razem”.

Dziewczyna uśmiechnęła się pokrzepiająco, pewnie widząc mój wyraz twarzy, któregi sama nie chciałabym widzieć na jej miejscu. Myślę, że było to coś pośrodku załamaniem, a użalaniem się nad sobą. Ale nie była teraz pora na rozpaczanie nad własnym losem.

 – Jeszcze do tego nie doszłam – odpowiedziała w końcu, co przyprawiło mnie o zawroty głowy. Jeśli Piper jeszcze do tego nie doszła, a była tu już od plus minus sześciu miesięcy, to jakim cudem można się stąd wydostać? Pewnie powiedzielibyście teraz coś w stylu: Ale ty jesteś Wybraną! Jasne jestem, ale to nie zmienia faktu, że nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Ale musiałam coś wymyślić.

*

Piper rozczesywała moje włosy, dokładnie tłumacząc, czego do tej pory dowiedziała się o tym miejscu. Okazało się, że wszyscy wyglądają jak mieszkańcy Domu Anubisa, co wzbudziło we mnie dziwne uczucie, którego nie potrafiłam opisać.

– Więc Jerome to Castiel, ty jesteś Cassandra, Fabian to Francis – zaczęłam recytować, wyliczając każdego po kolei. Piper co chwilę kiwała głową, gdy dobrze dobierałam imiona. – O kimś zapomniałam?

– Eddie to Sebastian – przypomniała Williamson. – Podstawy już znasz, ale raczej nie dam rady nauczyć cię, kto jest kim. Musisz sama do tego dojść.

Dziewczyna pomogła mi wstać. Musiałam przyznać, że naprawdę trudno chodziło się w średniowiecznych sukienkach. Do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy. Te które leżały w teatrze, nie były tak obcisłe jak oryginalne.

Odgarnęłam włosy do tyłu i przetarłam twarz ręką, próbując odgonić zmęczenie. Wydawało mi się, że ten dzień trwał już wieczność. Niestety nie mogłam nagle olać wszystkiego, jak to robią w młodzieżowych serialach i zamknąć się w pokoju.

Piper prowadziła mnie kamiennym labiryntem korytarzy, w którym nie trudno było się zgubić. Od ścian biło chłodne powietrze, które jeszcze bardziej psuło moje samopoczucie. W tej chwili miałam ochotę tylko zawrócić, a najlepiej to znaleźć się jak najdalej od tego cyrku. Prawda była taka, że wciąż nie miałam pojęcia, jak się stąd wydostać.

Przyglądałam się uważnie każdej rysie na kamieniu, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Łudziłam się, że może znajdę tu gdzieś portal z powrotem na górę, ale przecież to nie mogło być takie proste. Gdyby tak było, już dawno ktoś by stąd uciekł.

Nagle stanęłam w miejscu, uświadamiając sobie, że to tu powinien się teraz znajdować Rufus Zeno. Przełknęłam ślinę. Czy się go bałam? Cholernie. Był psychopatą, który porwał jedną z moich przyjaciółek. Czego tu się nie bać, tak? Dosłownie słyszałam swój nerwowy śmiech w myślach.

– Wszystko w porządku, Wasza Wysokość? – zwróciła się do mnie Piper, zachowując pozory przed służkami i rycerzami, których co chwilę mijałyśmy. Wzięłam głęboki wdech i pokiwałam głową. Jeżeli mam znaleźć wyjście, to jaki jest lepszy sposób niż bycie księżniczką? Miałam dostęp praktycznie do wszystkiego. Musiałam jedynie odegrać swój teatrzyk.

Ruszyłam do przodu za lekko zaniepokojoną Williamson. Nie zamierzałam przejmować się kimś, kogo mogę nawet nie spotkać. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkam mężczyznę, odpowiadającego za połowę moich koszmarów po powrocie do Ameryki w tym prawdopodobnie ogromnym miejscu?

Szatynka skłoniła się z już wyuczoną gracją, kiedy stanęłyśmy przed ogromnymi, dębowymi drzwiami, prowadzącymi pewnie do jadalni. Nie były jakoś szczególnie ozdobione, co umacniało mnie w przekonaniu, że piekło przypomina średniowiecze.

– Gotowa? – szepnęła dziewczyna, tak abym tylko ja usłyszała.

– Jasne – powiedziałam drętwo, obdarzając ją sarkastycznym spojrzeniem. Piper uśmiechnęła się, chcąc dodać mi otuchy. Zastanawiałam się, jak to było z nią – sama musiała przez to wszystko przebrnąć.

Zdeterminowana wyprostowałam się i uniosłam podbródek wysoko, starając się nadać swojemu wyglądowi królewskości, którą raczej musiałam posiadać skoro byłam sobowtórem Alii. W myślach jeszcze raz powtarzałam listę imion, kiedy Williamson poleciła rycerzom otworzyć drzwi i ustawiła się za mną.

Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam, było oślepiające światło, wpływające z dużych okiennic. Dopiero potem zauważyłam wydający się nie kończyć stół, przy którym siedzieli różni mężczyźni i kobiety, którzy jak na rozkaz skłonili się przede mną. Jedyną osobą, która do mnie podeszła był Fabian (a raczej Francis). Skłonił się lekko i ucałował moją rękę, chwytając za nią i prowadząc mnie do stołu.

– Spóźniłaś się – szepnął do mojego ucha głosem ostrym, zupełnie nie podobnym do Ruttera, gdy wszyscy wrócili do przerwanych rozmów. Poczułam gulę w gardle, gdy mocniej ścisnął moją rękę. Obserwator z boku odebrałby to pewnie jako wyraz uczucia. Mi za to ręka pulsowała z bólu od mocnego uścisku. Nie dałam jednak tego po sobie poznać. Zrozumiałam, że mimo iż posiada twarz Fabiana, może się od niego ogromnie różnić.

– Coś mnie zatrzymało – odpowiedziałam szorstko, kiedy usiedliśmy na swoich miejscach, które (niespodzianka!) były obok siebie.

Chłopak zmusił mnie do tego abym spojrzała mu w oczy. Wyglądał na wściekłego, ale zarazem zdenerwowanego i zmęczonego. Po chwili to wszystko znikło i uśmiechnął się onieśmielająco, jak zrobiłby to Fabian. Tęskniłam za nim. I nie mogłam znieść tego, że mimo wszystko nie zapewniłam mu bezpieczeństwa.

Oderwałam wzrok od Francisa, gdy usłyszałam dźwięk stukania o puchar. Wszystkie rozmowy ponownie ucichły, a ja poczułam jak tracę grunt pod nogami. Królem okazał się być Rufus Zeno.


ROZDZIAŁ NIEPOPRAWIONY!
Starsze posty Strona główna
Szablon wykonany przez Tyler